wtorek, 2 sierpnia 2016

EPILOG

Trzeba żyć w taki sposób, 
by po naszej śmierci nawet 
grabarz żałował naszego odejścia.
- Mark Twain

Miesiąc później

Próbowałem skontaktować się z Hope. Dzwoniłem do moich dziadków, aby przekazali jej numer telefonu. Godziny mijały. Dnie upływały na wywiadach i koncertach. Nocami dzwoniłem, ale nie odbierała telefonu. Równie dobrze mógł być to stary numer albo mogła go po prostu szybko zmienić widząc, że dzwonię. Nie raz dzwoniłem z innych telefonów myśląc, że jak nie będzie znała numeru, to odbierze, a ja choć będę wiedział, że to na pewno jej numer. Kiedy w końcu mieliśmy tygodniową przerwę od występów, ruszyłem pierwszym samolotem do Północnej Karoliny. Wynająłem samochód i pojechałem prosto do Hendersonville, do domu jej dziadków. Wysiadłem szybko z samochodu i zapukałem do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Obszedłem dom ze wszystkich stron i nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek jest w środku. W całym mieście było przeraźliwie cicho. Zapukałem do drzwi moich dziadków i tu w końcu ktoś mi otworzył. Była to moja kuzynka Becky. Zanosząc się płaczem przytuliła się mocno do mnie. Objąłem ją próbując jakoś uspokoić, ale nie miałem pojęcia, co się stało. W końcu jednak wyszeptała mi do ucha o co chodzi.
-Dziadek miał zawał. Babcia siedzi zrozpaczona przy nim w szpitalu. Mnie nawet nie chcieli wpuścić na salę, a Hope się pogorszyło. Wyjechała.

Trzy miesiące później

W zastraszającym tempie próbowaliśmy ogarnąć wszystkie sprawy związane z pogrzebem dziadka. Mimo żałoby wszyscy musieliśmy się ogarnąć, aby i babcia się nie załamywała. Nie mogłem przestać myśleć o Hope, jednak pogrzeb nieco przytłumił moje chęci poszukiwań. Musiałem w tej chwili być przy rodzinie. Nakładałem sobie jedną z potraw na talerz słysząc za plecami kolejne kondolencje skierowane w stronę babci od mieszkańców, którzy zostali zaproszeni na stypę. Dziadkowie Hope wyprowadzili się ze swojego domu, aby zamieszkać bliżej wnuczki i syna, jednak nie miałem pojęcia, gdzie byli. Nikt nie chciał mi powiedzieć. Gdyby dziadek tu był, to z pewnością, by mi powiedział. Zawsze we wszystkim mi dopingował. Usiadłem obok babci, która wyglądała na nieźle wkurzoną. Wstała rozglądając się po całym salonie.
-Posłuchajcie mnie wszyscy. Jeśli jeszcze ktoś będzie mnie przygnębiał, tym swoim współczuciem i smutkiem to sama zaraz wyzionę ducha! Proszę was, jeśli wasze uczucia są szczere to trzymajcie je przy sobie, a sam Jerry nie chciałby, abyśmy ciągle nad nim rozpaczali. Kochał życie i nie chciał, aby ktokolwiek smucił się długo. Dlatego proszę was, módlcie się za mojego męża i za mnie, kochałam i kocham i będę go kochać całym sercem, a wy myślcie o nim. To wszystko. Dziękuję.
Wszyscy uśmiechnęli się do siebie i przestali nachodzić babcię. Ta jednak ocierając łzy szybko poszła na górę i po chwili wróciła. Przytuliła się do mojej mamy, coś szepcząc jej na ucho i podeszła do mnie.
- Harry, kochanie. - Zaczęła.
-O co chodzi, babciu ? - Odłożyłem swój kubek na stół.
-Proszę. - Dała mi do ręki, zwinięty kawałek papieru. - Wiem, że powinnam dać Ci to wcześniej, ale Hope bardzo chciała, byśmy nic ci o jej stanie nie mówili, jeśli będziesz chciał wiedzieć. Mówiła, że Ci przejdzie, że nie może dopuścić, byś cierpiał przez Nią.
Rozwinąłem szybko kartkę z adresem do szpitala w Bostonie.
-Nie mamy jej adresu zamieszkania, ale od paru miesięcy jedynie tam leży na obserwacji.
Spojrzałem na nią ze łzami w oczach.
-Jedź do niej, Harry. Póki nie będzie za późno.

Tydzień później
Do oddziału na którym leżała Hope nikt nie chciał mnie wpuścić. Przychodziłem tu codziennie, nocowałem w pobliskim hotelu, jednak ani razu nie zauważyłem jej dziadków, aby choć oni mogli mnie do niej zaprowadzić. Próby wmówienia personelowi szpitala, że jestem jej narzeczonym legły w gruzach, kiedy to jedna z pielęgniarek stwierdziła, że na pewno muszę kłamać, bo Hope pozwoliła tylko na odwiedziny trzech najbliższych jej osób. Nie wiedziałem, jak wygląda jej ojciec, aby wyjaśnić mu tą sytuację, ludzi było naprawdę mnóstwo i nie potrafiłem się połapać, aby zrobić cokolwiek. Do kogo mógłbym się zwrócić ? 
Przyszedłem znowu następnego dnia. Dwie pielęgniarki zamieniły się dyżurami z nocnej zmiany na rano. Tej drugiej wcześniej nie widziałem, więc była nadzieja na to, że pozwoli mi wejść. Szybko założyłem ten głupi zielony worek i schowałem się za jednym z filarów, kiedy przechodziła pielęgniarka, która wprost mnie nienawidziła. Szybko tak, aby nie zdążyła zamknąć drzwi podbiegłem do nich. 
-A pan do kogo ? - uśmiechnęła się przyjaźnie w moją stronę. 
-Chce pójść do swojej dziewczyny, nie chciałem budzić nikogo dzwonkiem o tak wczesnej porze. 
-A swoją wybrankę, tak ? 
-Ona z pewnością już nie śpi. To ranny ptaszek. - uśmiechnąłem się szeroko 
-Dobrze, wchodź chłopcze. - Szczęśliwy przekroczyłem próg oddziału i zamknąłem za sobą drzwi idąc powoli przez korytarz wypatrując odpowiedniej sali. - Tylko jedno. - Odwróciłem się do kobiety.-Tamta podała każdemu twój rysopis, aby cię nie wpuszczać, ale widzę, że nie masz złych zamiarów. Leć póki jest czas. Za dużo ludzi tu umiera, aby tracić własne życia oddzielnie od osób, które kochamy. Sala numer 15. 
-Dziękuję. - powiedziałem tylko w jej stronę i szybko ruszyłem do tej sali. 
Przez niewielką szybę widziałem bladą postać opatuloną ściśle kołdrą. Jej czarne włosy, jakby lekko wyblakły, jej usta nienaturalnie czerwone, jej cera nienaturalnie blada. Zapadając się w sobie, wyglądała zaledwie jak cień, tej radosnej Hope z wakacji. Obok niej na krzesełku spał mężczyzna w średnim wieku. Przez jego rysy twarzy, tak podobne do Hope i kruczoczarne włosy już wiedziałem, że to jej ojciec. Tyle czekałem na to, by ją zobaczyć z bliska, że nie zamierzam patrzeć jedynie przez szybę. Otworzyłem cicho drzwi i wszedłem do środka. Wokół niej był z tuzin różnego rodzaju maszyn i kroplówek. Słychać było jedynie moje kroki, ich oddechy i spowolnione bicie serca Hope. 
Bardzo za nią tęskniłem i wiem, że nie chce już jej opuszczać. Choćby chciała mnie wywalić stąd to nie odejdę. Mężczyzna drgnął na krześle, otwierał powoli swoje oczy i przeciągnął się na krześle. Po jego wyrazie twarzy widać było, że coś mu nie pasowało. Przetarł oczy i zauważył mnie. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Czy i przy nim lepiej udawać kogoś czy jednak może wie coś o mnie ? 
-A ty to kto ? - Wyglądał na nieźle wkurzonego. 
-Harry Styles, proszę pana.- Wyciągnąłem w jego stronę dłoń - Jestem.....
-Wiem kim. Hope mi mówiła o Tobie. - przytaknął załapując chyba moje nazwisko - Pewnie chcesz z nią zostać sam na sam, co ? Posłuchaj mnie teraz przystojniaczku. Ona ma już dość smutku w ostatnim czasie, spróbuj tylko sprawić jej teraz ból, a obiecuje, że po prostu skręcę Ci kark. 
-Czy bardzo jej się pogorszyło ? - zgromił mnie wzrokiem - Oczywiście widzę, że tak. Z wyglądu, ale czy coś...
-Dużo aspektów ze swojego życia po prostu nie pamięta. Z dnia na dzień jest coraz gorzej.-Spojrzał na swoją córkę, po czym przeniósł swój smutny wzrok na mnie. - Może chodźmy na chwilę na korytarz. Tak w ogóle, nazywam się Billy Smith. 
Ojciec Hope był wysokim, dość umięśnionym mężczyzną o bladej cerze. Był o parę centymetrów ode mnie wyższy, jednak garbił się, kiedy tylko na jego twarzy pojawiał się smutek. Położył mi swoją dłoń na ramieniu i pociągnął w stronę drzwi. Staliśmy przez jej salą zaledwie parę kroków od siebie. 
- Nie wiem, co was tak dokładnie łączy. Po twojej minie, kiedy się przedstawiałeś, sadzę, że i ty nie wiesz dokładnie, ale muszę Ci parę rzeczy powiedzieć zanim będziesz z nią rozmawiał. Pamiętaj, że jest bardzo wrażliwa, ukrywa to, ale w każdej chwili potrafi wybuchnąć płaczem, kiedy tylko nikt nie patrzy. Nic nie je. Lekarze próbują jak tylko mogą karmić ją dożylnie.  Mówi, że wszystko jest w porządku, ale ma już 22 kilogramy niedowagi. Na widok jedzenia po prostu wymiotuje. Jest w zaawansowanym stadium raka, a według psychologa i depresji. Zaledwie dwa tygodnie temu, po jednej z chemioterapii próbowała sobie odebrać życie. Z każdym dniem zapomina kolejny rok swojego życia. Ciągle próbuje żartować, uśmiechać się, ale to sprawia jej coraz więcej bólu i długo nie pociągnie na udawaniu i lekach. - Zacząłem płakać wraz z jej tatą nawet nie wiedząc, co mógłbym powiedzieć temu mężczyźnie. - Ale jeśli twoja obecność zatrzyma moją Hope, jeśli tylko nie zapomni kim jest i choć o jeden dzień dłużej będę mógł być z nią to działaj chłopcze. - Złapał mnie za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. - Mam tylko ją. Idę po kawę, a ty wchodź. Zaraz z pewnością się obudzi. - Przetarł oczy szybko ręką i odszedł chowając dłonie w kieszenie. Wszedłem z powrotem do sali. Dziewczyna obróciła się lekko na szpitalnym łóżku odkrywając tym samym posiniaczone ręce od licznych nakłuć. Wciągnęła powietrze przez usta, jednak oczy zaczęła zaciskać. Z jej ust wydobył się cichy szloch. Zacisnęła pięść lewej ręki na kołdrze, a drugą ręką zasłoniła sobie oczy.
-Tato, ja już dłużej nie wytrzymam. Nie chce się już budzić. 
-Hope. - szepnąłem siadając obok niej na łóżku. Jak oparzona usiadła szybko na swoim miejscu i spojrzała na mnie przerażona.
-Co ty tu robisz ? - Spytała z oczami pełnymi łez zażenowania. Wytarła wierzchem dłoni swoje oczy tym samym pociągając lekko za kroplówkę, która była podłączona pod jej nadgarstkiem. Ta sama dziewczyna, która na co dzień tryskała szczęściem, to ta sama dziewczyna, która siedzi teraz zapłakana na szpitalnym łóżku w jasnoróżowej piżamie i patrzy w moją stronę, jakby powstrzymywała samą siebie przed wyrzuceniem mnie z pomieszczenia.
-Tęskniłem za Tobą. Proszę nie wyrzucaj mnie. Chce pobyć z Tobą, jak kiedyś.
-Nic nie będzie już jak kiedyś. - Zaprzeczyła ruchem głowy. -Proszę Cię oszczędź sobie bólu i wyjdź.
-To ty mi go oszczędź ! Wywalasz mnie, a ja Cię kocham. Nie chce, abyś mnie odpychała. Nic złego Ci nie zrobiłem. Pok...
Przerwała mi.
-Nie Harry.
-Nie wierzysz, kiedy ktoś powie Ci kocham Cię, skoro ty myślisz, że tak naprawdę Cię nie zna. Uważasz za ironię to, że ktoś może się zakochać, zauroczyć i od razu mówić mu, że się go kocha, ale taka jest prawda. Nie lubię Cię, ja cię kocham. Nie zasługuje na Twoją miłość. Naprawiłaś mnie, Hope. Chciałaś doświadczyć cudu, prawda ? Sama doprowadziłaś do tego, że się zmieniłem. Moje życie jest do niczego bez Ciebie. Chce być z Tobą, choćby miało to się wiązać z bólem. Wolę późniejszy ból rozstania, niż ból, że mnie odepchnęłaś, a ja nie spróbowałem z Tobą porozmawiać po raz kolejny.
-Harry ja jestem chora.....co to da....- powiedziała cicho
-To nie ma w tym żadnego znaczenia. Zaryzykuj.
-Gdzie mój tata ? - spytała kładąc się.
Uśmiechnąłem się myśląc, że zgodziła się na moje prośby.
-Poszedł po kawę.
Podniosła sobie, tak poduszkę, że wpół leżała na swoim łóżku. Co chwila mrugała oczami, aby odgonić łzy. Złapałem za jej zimną, delikatną dłoń i schowałem w swoje, aby może trochę je ogrzać.
-Nienawidzę się żegnać. - szepnęła lekko uśmiechając się w moją stronę. - Nie chciałam, abyś mnie taką widział.
-Jesteś piękna, cokolwiek, by się nie stało. Jesteś piękna, cudowna, uprzejma, miła, zabawna, zadziorna i inteligentna. Czego chcieć więcej ? - przysunąłem się bliżej jej twarzy.
-Zdrowia. - powiedziała. - Zapomniałam już tak wielu ludzi. Nie chce Ciebie zapomnieć Harry. Czasem mam wrażenie, że jestem już w innym świecie, ale to dzieje się tylko w mojej głowie. Ostatnio przesypiam całe dnie, noce spędzam na bólu głowy i walce przeciw opróżnieniu jej z wszystkiego, co dla mnie ważne.
-Czy jestem dla Ciebie ważny ?
-Tak, Harry. - uśmiechnęliśmy się do siebie. Powoli z jej twarzy znikał uśmiech. Przesunęła się trochę w prawo, tak, że mogłem się położyć obok niej. Oplotłem ją ramionami w talii przyciągając szczelnie do siebie i płacząc w jej szyję. - Nie zostało mi dużo czasu. - Wyszlochała, a ja zarejestrowałem, że jej tata stał za drzwiami przyglądając się nam przez szybę. Też płakał, ale próbował to ukryć. Oddalił się i zniknął z mojego pola widzenia. Leżeliśmy tak przytuleni do siebie około godzinę, kiedy nagle Hope zaczęła robić się coraz bardziej senna.
-Cieszę się, jednak, że tu przyszedłeś. Dziękuję.
-Hope, nie rób mi tego, proszę cię. 
-Dobrze, że mojego taty teraz tu też i nie ma. Zrobię coś, a potem ty wyjdź dobrze ? Ja tylko chce zasnąć. - Podtrzymywała z trudem swoje powieki. - Właściwie powinnam powiadomić pielęgniarkę, że się obudziłam i mieć badania, ale to chyba byłoby głupie w tej sytuacji.
Przytuliłem ją do siebie mocniej i zaszlochałem głośno, bojąc się, że to już koniec, kiedy dopiero, co mogłem znowu ją zobaczyć.
-Cicho - szepnęła odsuwając się lekko ode mnie. Spojrzałem na jej twarz ze smutkiem. Uśmiechnęła się blado i swoją ręką przeczesała moje włosy lekko zaciskając na nich palce. - Możesz się schylić ? - spytała cicho. Lekko schyliłem głowę i już po chwili mogłem poczuć jej usta na swoich. Pocałunek był krótki, ale dla mnie niezapomniany.  Oderwała się ode mnie i spojrzała mi głęboko w oczy. - Kocham Cię. - powiedziała bezgłośnie.

Tylko nadzieja pozostała mi na lepsze jutro, bo moja ostatnia nadzieja przeminęła. 




I tym oto zakończeniem, kończę tą historię. Dziękuję wszystkim, którzy czytali, tę historię i dziękuję za każdy komentarz oraz wyświetlenie. Wiem, że jest sporo niedociągnięć, ale uczę się. Zapraszam na inne moje opowiadania na których możliwe, że pojawią się nowe fanfiction. 
Buziaki, 
Selinka :*





niedziela, 26 czerwca 2016

ONLY - TWENTY ONE

Używaj dnia, jak najmniej ufając przyszłości. 
-Horacy. 

Wstałem z łóżka kompletnie zrezygnowany. Nie wiedziałem, co zrobić z tą całą porąbaną sytuacją z Hope. Jeszcze zaspany w moich dresach zszedłem na dół, licząc, że będzie tam siedzieć, jak zawsze piękna i uśmiechnięta. Przeliczyłem się. Zobaczyłem tylko dziadków, którzy przygotowywali śniadanie, żartując sobie z czegoś. Uśmiechnąłem się na ich widok. Tyle lat są razem i nadal widać, jak bardzo się kochają.
-Cześć, babciu. - Pocałowałem ją w policzek na co się zaśmiała. - Cześć, dziadku. - poklepałem go po ramieniu i usiadłem przy stoliku.
-Jesteś głodny, kochanie ? - spytała mnie babcia.
-Trochę.
-Słyszałam, że Hope wróciła wściekła i smutna do domu. Zresztą twoje trzaski świadczyły o tym samym z twojej strony.
-Przepraszam. - nie zdawałem sobie chyba sprawy z ich obecności, w tym samym domu.
-Jeśli chcesz zawsze Ci pomożemy. - mówi dziadek stawiając na stół talerz z kanapkami. Biorę od razu dwie i składam je ze sobą. Gryzę duży kawałek chcąc przedłużyć to jak długo tylko mogę.
Nagle słyszymy walenie do drzwi. Przełknąłem wszystko, co miałem w buzi.
-Harry ! - miałem wrażenie, że to głos Louisa, jednak.....JAKIM CUDEM!? Szybko pobiegłem do drzwi i otworzyłem je na oścież. Przede mną była cała czwórka.
-Niespodzianka ! - krzyknęli równo z szerokimi uśmiechami i rzucili się na mnie przytulając. Stałem jak słup zszokowany, tym, że tu są.
-Co wy tu robicie ?
-Jesteś nam potrzebny, wszyscy cię potrzebujemy. Simon uważa, że tyle czasu już z pewnością ci pomogło i możemy cię zabierać. Nie cieszysz się ?
-Cieszę. - odparłem niemrawo.
Zjawili się moi dziadkowie, których przedstawiłem z chłopakami i przedstawiłem im zaistniałą sytuację.
-Na pewno nie mogę zostać ? Tydzień, góra dwa.
-Mamy być wszyscy jeszcze dziś wieczorem w studiu, więc lepiej się streszczaj.
Poleciałem na górę i szybko wszystko spakowałem do swojej torby. Zapukałem do pokoju kuzynki, która spała i usiadłem na jej łóżku.
-Czego ty chcesz ? - spytała zaspana
-Wyjeżdżam już.
-Oh. - odparła i przetarła mocno oczy dłońmi. Przytuliliśmy się. - Szkoda, że tak mało czasu spędziliśmy razem, ale trzymaj się Harry. Tylko nie zapomnij o nas.
-Nie da się. - uśmiechnąłem się do niej.
-Okej, spadaj, bo jeszcze się rozryczę.
-Cześć. - uśmiechnąłem się i zamknąłem za sobą drzwi.
Pożegnałem się z dziadkami i wiedziałem, że teraz czeka mnie najgorsze.
-Idźcie do vana. Muszę jeszcze z kimś się pożegnać.
Tak jak powiedziałem, tak zrobili, jednak zaczęli głupkowato pogwizdywać. Nie dochodziło do mnie, że może już jej nie zobaczę. Wyjeżdżam, a co za tym idzie nie będę jej widział już co ranek, czas powrócić do świata pełnego fleszy i fanów, gdzie nie ma czasu na wyjście na plażę z dziewczyną. Co jeśli nas kontakt przepadnie ? Nie, nie ma mowy. Zapukałem w drzwi z mocno walącym sercem. Na szczęście (albo nie) od razu otworzyła je Hope.
-Cześć. - powiedziałem z uśmiechem.
-Hej. O co chodzi ? - spytała patrząc za mnie.
-Muszę już jechać.
-Widzę. - powiedziała patrząc zaledwie przez sekundę w moją stronę. Zrobiła krok w tył i zaczęła błądzić wzrokiem po podłodze.- Masz mój numer ?
-Mam. - wydusiłem
-To go usuń. Życzę Ci Harry wszystkiego, co najlepsze. - Złapała moją dłoń w swoją. - Pisz piosenki, graj na największych scenach świata, znajdź kobietę swojego życia. Rób cokolwiek, tylko nie myśl o tym, by położyć się i umrzeć.
-Będę pisał, obiecuję. Odwiedzę Cię nie raz, nie chce, abyśmy tracili kontakt. Hope, ja cię...
-Nie mów tego. Proszę cię. Nie komplikuj. Po prostu odejdź.
Zamknęła mi drzwi przed nosem. Stałem przed tymi cholernymi drzwiami, a w moich oczach zbierały się łzy.
-Nawet przytulić już Cię po tym wszystkim nie mogę ?! - krzyknąłem do drzwi, mając nadzieję, że to słyszy.
Wzdychając głęboko, odwróciłem się w stronę samochodu. Drzwi były szeroko otwarte, a cała grupka uśmiechała się do mnie szeroko nie zdając sobie sprawy, jak bardzo, ta chwila była dla mnie okropna.
Może tak powinno być.
Zacząłem wolnym krokiem iść w stronę vana. Schowałem dłonie do kieszeni, a kiedy byłem przy samym samochodzie odwróciłem się w stronę domu dziadków Hope. Dziewczyna stała przy oknie opierając się o jedną z framug. Zaciskając usta w cienką linię, a jej usta lśniły od słońca, którego promienie słońca padały prosto na nią.
-Co jest Harry ? - spytał Zayn, gdzieś z tyłu
-Kocham Cię. - szepnąłem bezgłośnie do Hope, a ta szybko uciekła z pod okna. Teraz zwróciłem się do Zayna. - Miałeś kiedyś, takie uczucie, że zostawiasz za sobą szczęście ?
-Nie. - Spojrzał na mnie, jak na dziwaka.
-To nie zrozumiesz. - uśmiechnąłem się smutno i wskoczyłem do środka samochodu. Zatrzasnąłem drzwi. I wśród wszystkich śmiechów i wiwatów o moim powrocie, miałem ochotę płakać.


To był piętnasty dzień do zapamiętania. Poznałem ją w zaledwie siedemnaście dni i tyle było wystarczające, abym tęsknił za nią każdego dnia. Zakochałem się w jej uśmiechu, jej oczach, w jej cudownej osobowości i chęci do życia, która malała z każdym dniem jej trudnej walki.


Kochani moi, to już ostatni rozdział na tym blogu. Pojawi się jeszcze epilog i koniec. Dziękuję za każde wyświetlenie i za każdy komentarz. 
Buziaki, 
Selinka :*


sobota, 12 marca 2016

ONLY - TWENTY

Gdy kobieta, odmawiając miłości oferuje 
ci przyjaźń - nie traktuj tego jak odmowy;
znaczy to, że chce postępować według kolejności 
- Molier

-Wiesz, myślę, że powinniśmy wyjść, gdzieś razem.
-Czy ty właśnie zaproponowałeś mi randkę ? - spytała wycierając ręce w czystą ścierkę, po tym, jak zakończyliśmy zmywanie naczyń po obiedzie. - Niezbyt romantycznie.
-Poczekałem, aż nie będziesz mieć resztek na rękach. - zauważyłem z uśmiechem
-Oh dziękuję, cóż za zaszczyt.
Przysunąłem ręką w swoją stronę krzesełko i usiadłem na nim obserwując, jak płynnie porusza się po kuchni odstawiając wszystko na miejsce.
-Więc ? - spytałem nie mogąc doczekać się odpowiedzi.
-Pytasz serio ? - odwróciła się w moją stronę i oparła rękoma o jedną z szafek za sobą.
-Nie, na niby. - przewróciłem oczami
-Dobra.
-Dobra ? - zmarszczyłem brwi
-Dobra. Ubieraj buty i lecimy. - pociągnęła mnie za rękę w stronę przedpokoju, gdzie ubraliśmy buty i zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Weszliśmy do garażu, licząc, że uda nam się zabrać samochód mojego dziadka bez namawiania go. Otworzyłem jej drzwi, a więc szybko wsiadła. Przeszedłem przez samochód, aby usiąść na swojej stronie, kiedy przede mną zmaterializował się mój dziadek. Krzyknęliśmy równocześnie z Hope zdziwieni jego obecnością tu.
-Jak się tu znalazłeś ? - spytałem dysząc
-Byłem pod samochodem, sprawdzałem to i owo.
-Aha. - to było jedyne, co udało mi się wydusić.
-Gdzie się wybieracie ? - zapytał
-Do miasta, dziś jest festyn z tego, co usłyszałam od babci. - powiedziała Hope
-Dobrze, jedźcie dzieciaki, ale masz na nią uważać. - poklepał mnie po ramieniu. Uśmiechnął się ciepło do Hope i wyszedł wolnym krokiem z garażu. Patrzałem za nim, zastanawiając się o co chodzi. Wsiadłem do furgonetki i odpaliłem ją.
-Myślę, że chodziło mu o opiekowanie się jego kochanym starym samochodem.
-Myślę, że nie.
-Myślę, że tak. Przeżyli w tym samochodzie z twoją babcią niejedną przygodę. Ponoć udało im się przejechać, dzięki tej furgonetce cały stan. Potem im padł, ale inaczej to spożytkowali.
-Jak ? - spytałem nie mogąc sobie wyobrazić, co mogło być dalej w tej historii.
-Niedawno jadłeś. Lepiej nie. - westchnąłem za śmiechem i oparłem się prawą ręką o siedzenie obok -No mów.
-To w tym miejscu powstała twoja mama.
Myśląc o tym, co usłyszałem poczułem obrzydzenie i zabrałem natychmiastowo rękę z siedzenia.
-Fuu. - wypowiedziałem od razu. Próbowałem wypluć sobie z głowy widok moich dziadków razem na tych siedzeniach i uprawiających seks. Było to co najmniej obrzydliwe. - Mogłaś nie mówić.
-Wiem. - uśmiechnęła się szeroko.

Tańczyliśmy przez prawie dwie godziny bez przerwy. Sala była miejscem przerobionym z wielkiej stajni, dlatego jej przestrzeń była ogromna mimo zajęcia sali w połowie przez stoliki i krzesła. Widziałem Hope, co jakichś czas, kiedy tańczyła z kimś. Co chwila zmienialiśmy partnerów do tańca w czasie szybkiej muzyki granej przez zespół. Pierwszy raz od bardzo dawna do takiej zabawy nie był mi potrzebny alkohol ani wręcz rozebrane kobiety. Tańczyłem z nią tylko raz, kiedy weszliśmy. Poznałem w tym czasie naprawdę dużo osób. Każdy z nich nie bał się uśmiechać, śmiać, wygłupiać w tańcu. Nikt tutaj nie udawał, aby wyglądać lepiej czy też kogoś przyciągnąć swoimi ruchami. Tu liczyła się zabawa. Podziękowałem swojej partnerce Mii i usiadłem przy jednym z pustych stolików wcześniej nalewając sobie ponczu. Siedziałem przyglądając się, jak się rusza z wielkim uśmiechem na twarzy. Nie mogłem znieść tego, że była chora. Dlaczego na tak poważne choroby nie mogli cierpieć poważni przestępcy ? Dlaczego ludzie, którzy zabijają nie mogą dostać tego w zamian za życie, które odebrali ? Spróbuje jej pomóc. Mam miliardy na koncie. Na pewno uda mi się znaleźć na tyle dobrego lekarza czy klinikę, aby ją uratowali, jeśli tylko to możliwe. Zrobię wszystko, aby była zdrowa. Zrobię wszystko, abyśmy mogli być razem.
Z tą myślą odłożyłem kubeczek na stół i zacząłem iść w jej stronę.
-Odbijany. - powiedziałem do kolesia, który właśnie z nią tańczył. Był to Robert, którego poznałem niemal na wejściu. Mrugnął do mnie z uśmiechem i podał mi dłoń Hope. Tańczyliśmy do końca piosenki uśmiechnięci. - Wyglądasz przepięknie.
-Dziękuję. Choć pewnie kłamiesz i po takim czasie wyglądam jak mokra mysz.
-W takim razie najsłodsza, jaką widziałem.
-Przestań Harry. - pokręciła głową
-Mówię tylko prawdę.
-Można zrobić wam zdjęcie ? - podeszła do nas młoda dziewczyna z aparatem w dłoni, który drukował zdjęcia automatycznie.
-Z jakiej to okazji ? - spytała Hope
-Po prostu na pamiątkę.
-N...
-Tak. - odpowiedziałem szybko i ustaliśmy z boku. Objąłem ją ręką w talii - Uśmiechnij się. - szepnąłem jej do ucha.
-Dobra. To na 1.......2......3.-pocałowałem ją długo w policzek, wciąż się uśmiechając - Koniec. Pięknie.
Kiedy zdjęcie się wysunęło zabrałem je i schowałem do kieszeni. Skoro ona nie chciała, to ja chce.
Zaczęła grać wolna piosenka, dlatego Hope zaczęła iść w stronę krzesełek, jednak złapałem ją za rękę.
-Chodź. - uśmiechnąłem się do niej najładniej jak umiałem
-Ale grają wolną. - wskazała na zespół palcem
-Nie szkodzi. - pociągnąłem ją za rękę w stronę parkietu. -Nie jestem w tym specem, ale mam nadzieję, że nic ci złego się nie stanie przy tym tańcu.
-Jeśli mnie nie podepczesz, to wszystko będzie okej.
Objąłem ją w talii i przyciągnąłem bliżej siebie. Spojrzałem w jej piękne, błyszczące oczy.
-Tego nie mogę ci obiecać. - uśmiechnąłem się szeroko, a ona się zaśmiała. Położyłem głowę na jej ramieniu kołysząc nami do wolnej piosenki. Długo tańczyliśmy po prostu w ciszy, jednak musiałem ją zapytać o to co mnie nurtowało. - Czy gdybyś była zdrowa, bylibyśmy już razem ?
-Harry to nie jest takie łatwe.
-To jest bardzo proste. Tak czy nie ?
-Harry chce się z tą przyjaźnić.
-To, że moglibyśmy być razem nie oznacza, że przyjaźń byłaby niemożliwa.
-Nie chce o tym gadać.
-Dlaczego ?
-Nie chce się zakochać. - spojrzałem w jej oczy, które były lekko zaszklone. - A ostatnio coraz więcej myślę o Tobie, o tym, co mogłoby być, jeśli bym cię poznała będąc zdrową. Nie będąc skazaną na śmierć.
-Nie jesteś skazana na śmierć, kochanie. Zakochałem się w tobie. Wiem, jak możesz mnie na to wyśmiać, ale jestem pewien. Zakochałem się w tobie, Hope. Cholera, gdzie ty byłaś przez całe moje życie ?!
Uśmiechnęła się pochylając głowę w dół.
Podniosłem palcem jej podbródek, tak aby widzieć jej całą piękną buzię. Nachyliłem się nad nią, złączając nasze usta, co tylko pobudziło motyle w moim brzuchu. Odwzajemniała moje pocałunki, co było dla mnie niesamowite. Całowała idealnie. Nawet lepiej niż idealnie. Pogłębiłem pocałunek, przechylając głowę bardziej w bok. Położyłem swoją dłoń na jej policzku delikatnie go głaszcząc i nie przerywając pocałunku. Dziewczyna objęła mój kark swoją dłonią. Muzyka w tle zaczęła się zmieniać, a my oderwaliśmy się od siebie. Uśmiechnąłem się, otworzywszy oczy patrząc na dziewczynę. Hope patrzała na mnie wpierw z uśmiechem lecz powoli on znikał z jej twarzy, co zaczęło mnie niepokoić. Zacisnęła usta i przeczesała włosy jedną ręką.
-Przepraszam. To nie powinno się stać. Nie chce się bawić twoimi uczuciami, uwierz. Ale nie chce też, aby ktoś się bawił moimi.
Odeszła biegiem, a ja zszokowany nie wiedziałem, co począć. Cała moja bańka szczęścia wyparowała. Dotknąłem ręką ust, kiedy inni bawili się w najlepsze niezbyt reagując na całe to zajście. Nie zostawię jej przecież tak. Wybiegłem szybko z sali. Pierwsze, co przyszło mi do głowy to furgonetka. Chociaż to ja miałem kluczyki to Hope mogła podejrzewać, iż po prostu je zostawiłem w stacyjce, tak starego samochodu. Albo po prostu nie myślała o tym. Przypomniałem sobie dokładną lokalizację miejsca w którym zatrzymałem samochód i zacząłem biec w tym kierunku. Miałem nadzieję, że to ten odpowiedni.
W końcu ją zauważyłem. Ciągnęła bezskutecznie za drzwi. Wkurzona kopnęła jedną z opon. Po jej policzkach płynęły łzy, jednak szybko próbowała je ścierać wierzchem dłoni. Zauważając mnie szybko podbiegła w moją stronę.
-Daj kluczyki. - wychrypiała.
-Porozmawiajmy proszę cię. Nie skrzywdzę Cię. Nie chce nic złego.
-Daj te cholerne kluczyki !
-Poprowadzę. - zarzekłem się
-Nie. Daj kluczyki.
Westchnąłem i wyjąłem kluczyki z kieszeni. Zacisnąłem dłoń z nimi w pięść i wyciągnąłem dopiero, wtedy rękę w jej stronę.
-No daj.
Rozwinąłem rękę. Dokładnie w momencie, kiedy jej dłoń była na wysokości mojej wyciągnąłem drugą dłoń i pociągnąłem ją mocno w swoją stronę tuląc do siebie. Waliła mnie pięściami mocno aż zaczęły mnie boleć żebra i plecy, jednak nie puszczałem jej. Tuliłem się do niej, całując ją w głowę raz po raz. Czekałem aż się uspokoi.
-Hope, nie chce cię skrzywdzić. Chce dla ciebie wszystkiego, co najlepsze. Może nie jestem tym najlepszym, ale ja cię...
-Nie mów tego. - przerwała mi - Jeśli masz to powiedzieć, to masz być pewny.
Puściłem ją lekko, jednak dalej tak, aby w razie czego móc ją zamknąć w uścisku.
-A teraz daj mi kluczyki.
-Będę prowadzić.
-Nie. Tym razem ja. Nie zrobię nic, po prostu mi je daj.
Wahałem się, jednak podałem jej kluczki i weszliśmy do środka. Przez całą drogę jechaliśmy w ciszy, zbytnio nie wiedząc, co powiedzieć. Kiedy byliśmy na miejscu, zaparkowała zgrabnie przed garażem i zgasiła silnik. Siedziała nieruchomo, patrząc się przed siebie.
-Najlepiej będzie, jeśli zapomnisz o tym. I zapomnij o mnie. Nie jestem partią dla Ciebie.
-Ty dla mnie ? - zakpiłem
-Nie przerywaj mi. Kocham spędzać z Tobą czas, ale nie mogę tego kochać. Nie chce nikomu sprawiać bólu, nie chce, aby ktoś się we mnie zakochiwał. Jesteś zbyt dobrą osobą, Harry, abym ja miała cię skrzywdzić. A ja skrzywdzenia z twojej strony, bym nie zniosła. Wiem tylko trochę, jaki jesteś, a mimo to czuję, że powoli się w tobie zakochuje. Nie podoba mi się to. Nie chce kochać kogoś w ten sposób, bo wiem, że umrę.
-Każdy kiedyś umrze.
-Ale ja mogę nawet jutro ! - krzyknęła waląc w kierownice, co poskutkowało włączeniem klaksonu. Położyłem swoją dłoń na jej, jednak ją zabrała. - Nie chce też żadnej pomocy. Nie chce współczucia. Nie chce łaski, że mi pomożesz. Nikt mi w tym stanie nie pomoże. Bardzo cię lubię, Harry. Ale ze mną przyszłość jest niemożliwa. Bo ja to nie tylko moja osoba, we mnie jest moja choroba i to ona o wszystkim decyduje. - westchnęła przecierając dłonią twarz. - Podziękuj swojemu dziadkowi ode mnie. Idę odpocząć. Pa, Harry.
Wyszła trzaskając drzwiami, a ja z bezsilności opadłem na siedzenie i schowałem twarz w dłonie już sam nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Nie wybiegłem za nią, to nic by nie dało. Jedyne, co zrobiłem to zabrałem kluczyki ze stacyjki. Wyszedłem z samochodu. Wszedłem do domu. Pobiegłem do pokoju i walnąłem mocno w ścianę będąc zraniony i wkurzony całą tą sytuacją. Dlaczego, kiedy w końcu byłem zakochany nie mogłem być szczęśliwy z tą osobą ?

Taki był czternasty dzień, który został w mojej pamięci.


A oto informacja tylko dla bloggera(choć chyba tu nikogo nie ma) - NIEDŁUGO KONIEC.
Czekam na wasze opinie.
Buziaki,
Selinka :*

wtorek, 23 lutego 2016

ONLY - NINETEEN

Kobieto, kobieto, jesteś otchłanią, piekłem,
tajemnicą, i ten, kto powiedział,
że cię poznał, jest po trzykroć głupcem.
- George Sand

Wstałem około dwunastej zdziwiony nieobecnością Hope w domu moich dziadków. Może jeszcze spała po naszym wypadzie. Udałem się do toalety, aby oprzytomnieć i się odświeżyć po spaniu. Przebrałem się w czyste ubrania i zbiegłem na dół do kuchni. Babcia Emma właśnie mieszała zupę w garnku. Podszedłem do niej, całując ją w policzek na przywitanie i wyjmując sobie mleko oraz płatki, które chciałem zjeść na śniadanie.
-Widzę, że poznanie z Hope dobrze na Ciebie wpływa, kochanie. - powiedziała. Odwróciłem się w jej stronę jedząc suche płatki i włączając na gaz, garnek z mlekiem. - Pamiętaj, że ona jest delikatna. Udaje silną, ale naprawdę jest kruszynką.
-Spokojnie babciu, nie zrobię jej krzywdy. Nie mógłbym.
-Spójrz na mnie. - zrobiłem to. Uśmiechnąłem się do niej, jednocześnie przewracając oczami. - Zakochałeś się w niej. To widać. Chodzisz rozpromieniony, zmieniłeś się na mojego dawnego Harrego.
-Nic jej nie mów, proszę Cię. - szybko mnie do siebie przytuliła. Odwzajemniłem się, tym samym po czym szybko musiałem zdjąć garnek z palnika, ponieważ mleko zaraz, by wykipiało.
-Będzie ciężko, ale dobrze. Smacznego. Ja idę do ogródka.
-Dobrze.
Zjadłem śniadanie na tyle szybko na ile mogłem i włożyłem moje buty. Zatrzasnąłem drzwi za sobą i wyciągając się przy oświetlającym mnie słońcu niczym kot, podszedłem do domu dziadków Hope. Zapukałem parę razy w drzwi.
-Witaj Harry. - otworzył mi dziadek Hope.
-Dzień Dobry, ja...
-Do Hope, wiem. Zapraszam, wchodź. - przesunął się w bok, puszczając mnie do przodu. Włożyłem dłonie w kieszenie, nie wiedząc, co mam powiedzieć, czy też jak się zachować względem mężczyzny.
-To ja już może do niej pójdę. - odwróciłem się
-Czekaj. - złapał mnie za ramię i ustał przede mną. - Nie ma dziś dobrego dnia. Dopiero prawie, co zasnęła, więc jej nie obudź.
-Coś się stało ?
-Z jej zdrowiem. Wzięła tabletki, ale nie wyglądało to dziś dobrze.
Byłem wkurzony na siebie, że pozwoliłem na to, aby szła ze mną na to wzgórze. Właściwie to ona mnie tam wyciągnęła, ale to nie zmienia faktu, że mogłem coś zrobić, abyśmy nie szli.
-Coś jeszcze powinienem wiedzieć ?
-Uważaj na nią, chłopcze. Na siebie także.
-Nie rozumiem. - zmarszczyłem brwi, patrząc na staruszka.
-Z miłości wprost osiwieć można. Spójrz na mnie, trochę lat doświadczenia, jak widać mam. - zaśmiałem się wraz z nim. Faktycznie mężczyzna miał całe siwe włosy, a cytując Aladyna poprawił mi nieco humor. Nadal mimo to nie wiedziałem, jak oni mogą, tak łatwo po mnie to uczucie widzieć, skoro mi samemu ciężko jest określić, to co do niej czuję. Próbowałem wejść po schodach w miarę cicho. Otworzyłem drzwi od jej pokoju i w miarę cicho je zamknąłem. Pokój wyglądałby identycznie, jak poprzednio, gdyby nie tona chusteczek na dywanie czy też przez stos pudełek od lekarstw na szafce nocnej. Hope leżała skulona swoim łóżku, przykryta paroma kocami i kołdrami mimo tego, iż mieliśmy lato. Była bardzo blada, a z każdym krokiem w jej stronę widziałem więcej oznak jej złego samopoczucia. Jej usta były niemal sine, pod oczami miała cienie, policzki były zaczerwienione, ale i mokre od łez.  Westchnąłem widząc, że tylko udaje, iż śpi. Jej oddech nie był miarowy, przynajmniej nie na tyle umiała go udawać.
-Wiem, że nie śpisz.
-Nie chciałam martwić dziadka. Nic nie podejrzewa ? - spytała lekko uchylając powieki
-Myśli, że śpisz. On i bez tego się o Ciebie martwi. - Zamknęła oczy ponownie się kuląc na materacu.
-Po co przyszedłeś ? - niemal wychrypiała. Odkaszlnęła parę razy.
-Chciałem Cię zobaczyć. To już stało się naszą codziennością, prawda ? - spytałem siadając obok niej na materacu
-A nie powinno. Harry proszę cię jutro pogadamy, gdzieś pójdziemy, ale nie chce, abyś mnie widział w takim stanie. - powiedziała kładąc głowę nisko na łóżku.
-Jesteś piękna niezależnie od wszystkiego. Chce znać prawdziwą Ciebie. Nie tylko tę radosną stronę.
Objęła swoją głowę rękami i zatopiła się bardziej w poduszkach. Westchnąłem wiedząc, że teraz płacze. Nie chciałem, aby płakała, to i mi sprawiało ból. Odchyliłem jej rękę, mimo jej sprzeciwów i ściągając kopnięciem buty. Przyciągnąłem ją bliżej siebie, tak, by wtuliła się w mój tors, a ja w nią. Może choć tak poprawię jej samopoczucie. Jak nie, to choć sobie poprawiłem, czując jej ciepło, oddech na mojej szyi i włosy, które lekko łaskotały mnie w twarz. Pocałowałem ją w czółko i ułożyłem się wygodniej.
-Mogliśmy tam nie iść, pewnie to przez to.
-To nie przez to, Harry. Mój stan może zmienić się z godziny na godzinę. Nie chce przywiązania, z twojej ani mojej strony. Uwierz nie będziesz chciał być ze mną, kiedy mogłabym cię nawet zapomnieć przez chorobę. Ze mną w tej kwestii jest lepiej. Umrę i nie będzie tego kłopotu, jednak ty będziesz żyć zapewne obwiniając się o coś. Znam wiele podobnych scenariuszy. Nie chce nikogo ranić.
-To nie gadaj, takich bzdur. Wyzdrowiejesz i proszę Cię daj mi szansę. Choćbym mógł cię mieć tylko na dzień, to byłbym już najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
-Proszę Cię Harry, nie chce decydować będąc w takim opłakanym stanie. - wybełkotała chowając się pod jednym z kocy.
-Hope. - trzymała mocno materiał, dlatego z całych sił, choć obniżyłem go, aby widzieć jej twarz. Może pora jej powiedzieć ?
-Co znowu ? - wyjęczała. Może jednak nie.
-Już nic. Przepraszam po prostu, że jednak tam poszliśmy. To może być też przez to.
- Słuchaj Harry, znam bardzo wielu ludzi, którzy tak dużo czasu spędzają pilnując swego zdrowia, że nie starcza im już czasu na cieszenie się życiem, które im jeszcze pozostało, a uwierz. W moim przypadku nie jest to długi okres czasu.
Nie chciałem słuchać tego, co mówi o własnej śmierci, bo wiedziałem, że jeśli nie wyzdrowieje to ten czas może nadejść już niedługo. Rozmawialiśmy aż na dworze nie zrobiło się ciemno. Dowiedziałem się o jej ulubionym zespole, wszystkich zainteresowaniach i innych niby pierdołach, które okazały się tak bardzo ważne. Ponoć nie można mówić, iż się zakochało w kimś, kogo się nie zna. No to zamierzam ją poznać na tyle, ile da mi czas, bo wiem, że zakochałem się w tej wyjątkowej dziewczynie.

Taki był trzynasty dzień, który został w mojej pamięci.

.............

Uwaga, bo szaleje. Dziś już kolejny rozdział, a i mam nadzieję, że skomentujecie. No cóż, teraz to już tylko czekam na wasze opinie, a może i też niedługo pojawi się kolejny rozdział. Wiem, że gif nie pasuje do treści, jednak zrobiłam go i tak mi się spodobał, że nie mogło go tu zabraknąć. 

Buziaki, 
Selinka :*

poniedziałek, 22 lutego 2016

ONLY - EIGHTTEEN

Zdrowy rozsądek to rzecz,
której każdy potrzebuje,
mało kto posiada,
 a nikt nie wie, że mu brakuje. 
 - Benjamin Franklin



- No chodź !
Zakryłem twarz poduszką i warknąłem. Obudziła mnie w środku nocy i liczy, że tak po prostu wstanę.
- Harry !
-Czemu tak wcześnie ? - spytałem odkładając poduszkę
-Bo to najpiękniejsza pora dnia. Wstajesz albo idę sama. - zadeklarowała. Otworzyłem oczy i zamrugałem parę razy, aby dostrzec ją w ciemności. Stała obok szafki nocnej i pochylała się lekko nade mną.
-Idę, ale muszę mieć jakąś motywację do tego, nie uważasz ?
-Wystarczy piękny widok ?
-Istotnie twój widok jest taki, ale wolałbym coś jeszcze.
-Niby co ? - spytała podirytowana
-Całusa. - uśmiechnąłem się szeroko, co pewnie i tak nie zauważyła w takiej ciemności. Chciałem znów ją pocałować. Nic nie poradzę, iż uczucie jej warg na moich nie dawało mi spokoju. Rzuciła we mnie, jak się okazało moją wczorajszą bluzą i nic nie mówiąc wyszła na balkon. Szybko założyłem na moją piżamę bluzę, a na bokserki założyłem dresy. Ubrałem buty i zgarniając telefon z szafki wyszedłem na balkon. - Jak zamierzamy zejść ?
- Mam linę. - wskazała na owinięty wokół jednej z belek sznur. Jej włosy były w kompletnym nieładzie, na sobie miała jedynie krótkie spodenki i wydaje mi się, że grubą bluzę, której rękawy podwinęła do łokci. Podeszła do poręczy przerzucając przez nią, jedną z nóg.
-Chwila. Co ty robisz ?
-Schodzę ? - spojrzała na mnie marszcząc swój nosek.
-Czy naprawdę wychodzenie przez drzwi jest tak trudne ? - zaśmiała się głośno, co przysięgam było jedną z moich ulubionych melodii.
-Nie ma w tym nic wyjątkowego. - wzruszyła ramionami. - Wolisz pierwszy ?
-Tak.
Przeszedłem na drugą stronę poręczy trzymając się jednej z belek, które na moje nieszczęście nie były zbyt stabilne. Jedną ręką złapałem się mocno za sznur i pociągnąłem mocno sprawdzając, czy w ogóle to mnie utrzyma. Jako, że nic nie pękało ani nie poluzowywało się to złapałem to i drugą ręką. Westchnąłem głośno i puściłem nogi z balkonu owijając je wokół sznurka. Zaklnąłem cicho na to, jak obijałem się we wszystkie strony i kręciłem na tej linie.
-Musisz po niej zjechać.
-Patrzcie, specjalistka. - prychnąłem na co się zaśmiała. Ręce już teraz mnie bolały. Powoli próbowałem się przesuwać po tej linie, jednak bałem się, że spadnę. Przysięgam, że muszę znowu zacząć chodzić na siłownie. Moje ręce pulsowały, kiedy musiałem ciągle utrzymywać swój ciężar ciała nimi.
-Jeszcze tylko trochę.
-To mi pocieszenie.
Nagle usłyszałem, jakby coś pękało.
-Co to jest ?! - krzyknąłem w miarę cicho. Spojrzałem w górę, gdzie lina robiła się, jakby coraz cieńsza i dłuższa. - O nie. - szepnąłem, kiedy już się zarwała. Szybko próbowałem objąć sobie głowę rękami, aby choć tej części ciała nic się nie stało i mocno walnąłem w ziemię. Plecy zaczęły mnie boleć wraz z tyłkiem. Leżałem plackiem na twardym gruncie, jęcząc z bólu.
-Mogłam podstawić Ci drabinę. - usłyszałem, a z jej tonu głosu wyczułem, że się uśmiecha.
-Serio teraz o tym mówisz ?! - otworzyłem oczy patrząc w górę.
-Jak tak na Ciebie patrzę to chyba serio lepiej jak wyjdę drzwiami.
-Super. - wstałem rozprostowując swoje kości. Strzepałem ziemie z mojej bluzki oraz spodni i wyciągnąłem mocno ręce nad sobą. Trochę zabolało, ale chwilę potem już czułem się normalnie. Po chwili do mnie doszła Hope i uśmiechnęła się w moją stronę.  - Nie mogliśmy tak na początku już ?
-Nie. Trochę zabawy było choć przy tym.
-Ubawiłem się, rzeczywiście ! - objąłem ją ręką w pasie i zaczęliśmy iść w stronę jeziora. Jednak będąc już zaledwie parę kroków od plaży, odbiliśmy na prawo. Przechodziliśmy między drzewami, a słońce, w którego kierunku szliśmy dawało cudowny klimat. Doszliśmy na jedno ze wzgórz nad jeziorem. To miejsce było podobne do tego przy którym skakaliśmy, jednak otaczały nad drzewa, a jedyna otwarta przestrzeń prowadziła w dół do jeziora. Było tu dość stromo, więc zacisnąłem mocniej palce na jej talii, aby nic się jej nie stało.
- Spójrz na wschód słońca -poleciła. Zacząłem przyglądać się niebu, które zmieniało swoją barwę z minuty na minutę. - Wpatrując się w tak piękne zjawisko, podziwiając je, można wymarzyć z pamięci wszystko i skupić się na tym, jak niektóre rzeczy przemijają. To wcale nie musi oznaczać końca. Coś może się dopiero zacząć.

Taki był dwunasty dzień, który został w mojej pamięci.



Witajcie, nie było mnie długo, jednak rozdział może  jest oznaką mojego powrotu do pisania. Nareszcie. Bardzo za tym tęskniłam. Czekam na wasze komentarze. Proszę chociaż jeden, to naprawdę nie jest dużo, a dla mnie będzie to wielka radość. 
Buziaki, 
Selinka :*








piątek, 5 czerwca 2015

ONLY - SEVENTEEN

Czas to nie droga szybkiego ruchu pomiędzy
kołyską i grobem; czas to miejsce
na zaparkowanie pod słońcem.  - Phil Bosmans 
          
Przez całą noc zastanawiałem się, co zrobiłem źle. Nadal czuję jej usta na swoich. Jej piękne,różowe usta.  Nie rozumiem, czemu wciąż naciska na to, że nie chce mnie zranić. Rani mnie teraz, kiedy wyłącznie mnie odtrąca.

- Cześć. - podniosłem głowę i spojrzałem w stronę drzwi. Wychyliła niepewnie swoją głowę zza framugi i uśmiechnęła się blado.
-Cześć. - powiedziałem próbując zachować powagę i nie okazać, jak bardzo byłem szczęśliwy na jej widok, a jednocześnie zrozpaczony tym, że mnie odtrąca.
-Przepraszam za wczoraj. Mogłabym wejść ?
-Po co się pytasz ?
Zabrzmiało to prawdopodobnie zbyt niegrzecznie, więc szybko dopowiadam.
-Nie musisz nawet pytać. Siadaj.
Powolnym krokiem idzie w stronę fotela i siada. Łączy swoje dłonie i kładzie je na udach wzdychając głęboko.
-Ale obok mnie Hope. - powiedziałem patrząc na nią
-Nie. Zdecydowałam, że nie mogę wciąż cię odtrącać. Mimo, że i tak to co się dzieje to minie pewnie, kiedy tylko wyjedziesz. - krzywi się lekko - Znasz może i jakąś część mnie, ale nie znasz całej prawdy.
Wstaję z łóżka i kucam przed nią. Zakładam kosmyk jej włosów za ucho i biorę w dłoń jej aksamitny policzek. Próbuję spojrzeć w jej oczy, lecz zaciska je mocno na mój dotyk.
- Usiądź, Harry. Wystarczająco trudno będzie mi to powiedzieć.
Siadam na kancie łóżka, aby jednak być jak najbliżej niej, a ta otwiera swoje załzawione oczy i otwiera lekko usta.
-Jestem chora. - marszczę brwi niezbyt rozumiejąc.
-Z każdej choroby można wyjść. To pewnie przez to nasze pływanie, tak ?
-Nie. Harry, to nie jest przeziębienie. - śmieje się bez humoru
-Choruje na guza mózgu. Harry, mam raka.
Jej oczy zdawały się ciemniejsze niż zwykle. Stopiły się z barwą źrenicy.
Płakałem.
Cholera jasna, ja płakałem.
Wszystko, jakby w mojej głowie się zawaliło.
Chciałbym, aby to był tylko kiepski żart.
Jednak to byłoby zbyt piękne.
Wtuliłem się w nią i płakałem w jej ramionach. Nie słyszałem jej szlochu, nie czułem jej łez, nie widziałem jej uśmiechu.
-Czy często zdradzasz, takie informacje ? - spytałem patrząc na jej twarz
-Nie, ale jestem przyzwyczajona zwykle do innych reakcji. - wzruszyła ramionami
Ostatnia godzina była niebezpiecznie cicha. Dłoń w dłoń, czoło w czoło. Obserwowaliśmy siebie nawzajem. Jej oczy były niczym zwierciadło. Rozkoszowałem się jej towarzystwem bez jakichkolwiek słów lub gestów. Rzeczywistość była jednak zbyt realna. Czas przyszedł na pytania.
-Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej ?
-Ludzie mi zbyt często współczują, zbyt często starają się przy mnie udawać smutnych. Tak jakbym nie widziała szczęścia w życiu. Widzę je, a oni myślą, że jestem nastawiona na śmierć jak na wiadomość o obiedzie. - zaśmiała się  - Cudownie jest korzystać z życia, jakim się je dostało, jednak nie mam często tej możliwości. Nie chciałam, abyś poznał mnie, jako tą dziewuchę, co ma raka. Jeśli mnie miałbyś polubić to tylko przez to jaka jestem, a nie ze względu na chorobę. - uśmiechnęła się pięknie w moją stronę. Każdy jej uśmiech warty jest miliardy.
-Znałaś, tak naprawdę One Direction, tak ? - zmrużyłem lekko oczy
-Oczywiście. Kto, by was nie znał. - prychnęła - Mimo to wielce, jakoś was nie darzyłam sympatią, jak reszta moich rówieśniczek. Po prostu lubię niektóre piosenki. A tak w ogóle.....przecież, tak sławny Harry Styles - król list przebojów, bożyszcze nastolatek...hmm...czy przypadkiem nie powinieneś teraz pieprzyć się z jakąś dziewczyną po kątach ? Gdybym wierzyła w plotki i to co inne dziewczyny to tak myślałabym o tobie.
-A co myślisz o mnie ? - spytałem nachylając się lekko nad nią
-Myślę, że bardzo cię lubię. - powiedziała poważnie
-Ja też bardzo cię lubię.
-Nie mów " ja też ". To tak, jakbyś tylko mi przytakiwał i twoje słowa, były zależne od moich.
-To powiem inaczej Hope. - jej usta były zaledwie centymetr od moich - Zakochuję się w tobie.
- Czy to, co ci powiedziałam naprawdę nie zmienia twojego stosunku do mojej osoby ?
-Nie. Zakochuję się w Hope.
-Kiedy to się skończy ? -spytała przygryzając swoją wargę
-Kiedy skończę się zakochiwać ? Kiedy zacznę Cię kochać. - powiedziałem z powagą
-A jeśli nie będę tego chciała ?
-Wtedy będzie to jedynie miłość jednostronna.
-Co jeśli umrę ?
-To moja miłość umrze wraz z Tobą.  - jej oczy były pełne łez - Ja umrę wraz z Tobą.


Taki był jedenasty dzień, który został w mojej pamięci.



Przepraszam, że znów mnie nie było. Wypełniałam wnioski do szkoły ponadgimnazjalnej i poprawiałam oceny. Nadal nie wiem, czy to iż wpisałam kierunek humanistyczny w liceum było dobrym wyborem dla mnie. Nie wiem już czy się nadaje na to. A wy jak myślicie ? Jak podobał się rozdział ? 
Buziaki, 
Selinka :*
Ps. Długość rozdziału zamierzona. Nie kwenkać, że krótko odwaliłam.








piątek, 1 maja 2015

ONLY - SIXTEEN


- Chodź. - ciągnęła mnie za rękę w nieznanym mi kierunku. Od dobrych 5 minut chodzimy pomiędzy drzewami, a moja orientacja w terenie wyczerpała się 4 minuty temu. Nie miałem pojęcia w którą stronę idę i od której strony przybyłem tu z nią. Liczyła się w tym momencie tylko jej ręka ciasno trzymająca moją. W końcu mogłem zobaczyć, jakieś przebłyski miejsca w które próbowała mnie zabrać mimo moich oporów przed wyjściem z ciepłego, wygodnego łóżka. Słyszałem szum wody, a także słońce coraz mocniej odsłaniało się spomiędzy drzew.  Codziennie od paru dni wychodziłem ubrany w kąpielówki i biały t-shirt, ponieważ dość często chodziliśmy na plaże na której panował upał.  - Jesteśmy. - puściła moją dłoń i dopiero rozejrzałem się dookoła.  Znajdowaliśmy się na niewielkiej polance. Pod nami zaledwie metr znajdował się mały wodospad, którego woda w magiczny sposób odbijała się od słońca i płynęła w dół do oczka. Z gałęzi wysokiego drzewa zwisała długa lina. Spojrzałem na Hope, która właśnie ściągała swoją sukienkę i nie mogłem oprzeć się wgapianiu w jej idealne ciało. Idealne dla mnie. - Ściągaj tą koszulkę, a nie mi się przyglądasz. - powiedziała nagle przez co poczułem się jak idiota. Na moich policzkach wykwitł lekki rumieniec, który próbowałem ukryć pochyleniem głowy w dół. Słysząc jak biegnie lekko w nieznanym mi kierunku spojrzałem na nią i dostrzegłem jak łapie się liny.
- Co ty robisz  ?
-Skaczemy ? - spytała ze swoim diabelskim uśmiechem
-To jest dobre dziesięć metrów w dół.
-Ale jest woda. - wskazała ręką na jeziorko
-Hope....
-Proszę. - podszedłem do niej bliżej i spojrzałem w jej oczy. W głębi ciemno brązowych oczu tkwił nikły błysk, który skłonił mnie do podejścia jeszcze bliżej. Schyliłem głowę i dotknąłem swoim nosem jej. Zaśmiała się i uśmiechnęła cwanie. Jak ja kocham jej śmiech.
-Ma to oznaczać, że się zgadzasz ?
-Mhm. - mruknąłem wpatrzony w jej usta
- To do dzieła ! - krzyknęła i złapała się szybko liny tym samym zwiększając naszą odległość od siebie. Westchnąłem ciężko, bo pragnąłem ją wyłącznie pocałować.  - AAA ! - odepchnęła się od ziemi trzymając mocno liny, kiedy była już dość daleko w powietrzu skoczyła prosto do wody. Zgrabnie wypłynęła na powierzchnię wody i zarzuciła swoje włosy na plecy wyglądając nieziemsko oświetlona przez słońce.  - Skacz !
-Ty chcesz mnie zabić, tak !? - odkrzyknąłem, bo byliśmy dość mocno zagłuszeni przez niewielki wodospad
-Tylko tego pragnę ! - złapałem dość niestabilną linę w dłonie i zastanawiałem się jak mam to zrobić. Mam zawiesić swoje nogi na tym ? Czy mam się tylko przytrzymywać rękami ?   Podszedłem bliżej i złapałem się mocno dłońmi za linę. Mimo to nie poszedłem dalej. - Nie mów mi, że się boisz. Nic ci nie będzie, Harry. Po prostu mocno opleć tą linę ramionami skoro się boisz. Zrób rozbieg i skacz.
Zrobiłem jak kazała.
Wypłynąłem szybko na powierzchnię wody, aby zaczerpnąć powietrza. Było tu dość głęboko, bo mając ponad 180 cm wzrostu nie czułem dna. Woda delikatnie   pluskała w nasze twarze. Ciężko dyszeliśmy próbując się utrzymać nad wodą i nie dając fali nad odepchnąć od siebie. Nagle poczułem jak mocno ochlapała mnie wodą w twarz. Przetarłem ją dłonią i spojrzałem gniewanie na Hope, która śmiała się w najlepsze. Mocno uderzyłem pięścią tafle wody, tak aby prysnęła ona na Hope. Nie minęło nawet 5 sekund, kiedy zaczęliśmy na siebie chlapać wodą i kto szybciej się zmęczy. Kiedy nie poczułem ani kropli wody na swoim twarzy od jej strony spojrzałem, że ukrywa się tylko przed moimi strumieniami. Przestałem, a widząc jak zakrywa twarz dłońmi spanikowałem.
-Hope, co jest ?! - podpłynąłem szybko. - Coś zrobiłem ? Wszystko dobrze?  - słysząc jej śmiech zdezorientowany przyglądałem jej się, a ta zabrała dłonie ze swojej twarzy i rzuciła się na mnie próbując podtopić.
-Ty mały potworze ! - złapałem ją pod kolanami i rzuciłem trochę dalej. Zanurkowałem próbując otworzyć oczy pod nadzwyczaj czystą wodą. Oczy mnie szczypały, ale to w tym momencie nie było ważne. Podpłynąłem do Hope, która machała w moim kierunku, abym wypłynął. Zrobiliśmy to równo i wyskoczyliśmy z wody niczym dwa delfiny. Ze śmiechem poprawiliśmy swoje włosy, które opadały na nasze twarze. Podpłynęła bliżej mnie i oplotła moją szyję ramionami.
-Zmęczyłam się już. - spojrzała w górę na moją twarz. Woda robiła się już lekko zimna, mimo to, nie chciałem się stąd ruszać.  Czułem jak przez moje ciało przechodzą ciarki, kiedy potarła lekko mój kark i odepchnęła się od wody. Byliśmy na równi, a ja pragnąłem tylko ją pocałować. Jej oczy lśniły jak nigdy przedtem i zdawałoby się, że będąc tak blisko są jeszcze piękniejsze niż zwykle. Opuszkami palców dotknąłem jej gładkiego zarumienionego policzka i spojrzałem w jej oczy.  Ciekawe czy zdawała sobie sprawę, że była dla mnie wszystkim ? Jedną ręką złapałem za jej policzek, a drugą oplotłem jej ciało w talii, aby nie było między nami ani centymetra wolnego miejsca. Tylko my i woda wokół nas. -  Śpiewasz. - powiedziała nagle - Masz jeszcze jakieś urocze talenty ? - nagle poczułem w sobie pewność. Spojrzałem w jej oczy i zebrałem w sobie tyle pewności na ile było mnie stać i powiedziałem :
-Całkiem nieźle całuję. - uśmiechnęła się do mnie. Zaraz po tych słowach połączyłem nasze usta razem. Pocałunek był wolny, a ja czułem w moim brzuchu radość jakiej nigdy wcześniej nie zaznałem. Odwzajemniała moje pocałunki równie czule. Bałem się, że za chwilę mnie od siebie odepchnie.
I tak się stało.
Odepchnęłam mnie lekko od siebie. Próbowałem zapamiętać to ostatnie muśnięcie moich ust, kiedy tylko spojrzała na mnie zamglonym wzrokiem i lekko odpłynęła ode mnie.
-  Posłuchaj. Lubię Cię. Lubię się z Tobą spotykać i w ogóle - co chwilę nabierała powietrza, tak samo jak i ja.  - ale nie posuwajmy się dalej. To jednak nie powinno się wydarzyć.
-Co ? Dlaczego ? - spytałem załamany
-Jesteś zbyt dobrym człowiekiem, bym miała cię zranić, Harry.  - odwróciła się patrząc na mnie przepraszająco i zaczęła płynąć do brzegu.
Teraz mogę to powiedzieć. Zakochałem się w niej. Zakochałem się w Hope.

Taki był dziesiąty dzień warty zapamiętania.



Witam po tak długiej chyba przerwie. Obiecuję, że teraz rozdziały już będą się pojawiać.
Czekam na komy. Proszę to dla mnie wiele znaczy.
Buziaki,
Selinka :*

Obserwatorzy